PiszePiszę coś co wierszami chcę nazywaćPiszę piórami wyrywanymi ze skrzydełktóre wyrosły mi na ramionachGdy skończę nie będę mógł już lataćZ anioła przeistoczą się w potwora.NAJNOWSZE.................Z całej tej apatycznej niemocyBez siły życia nie potrafię się sam uwolnićKrzyk wołania pomocyPrzytłumiony w gardle zanika W świetle samotności nocyJak żyć ponownie z przeświadczeniem bezsensowności życiaPo co mi to marne nikomu nie potrzebne życie?Jestem jak ta śmierć które mnie czeka nieuchronniePrzynoszę cierpienie nie byciaZapomnę o życiu jak ono o mnie zapominaWięc da mi święty wieczny spokój. ...........................Przytul mnie pochwało śmierciUkołysz mnie do snuDziedzictwo moich myśli Spal w otchłani nieistniejących dni Z moich prochów kopczyk rozdmuchaj na wiatrNie wspominajBo tego nie jestem wartO spokojności wiecznaPrzyjacielu,Przygarnij mnie bezboleśnie Przytul słodko nim zamknę ostatecznie oczy i nie puszczajNie oddaj mnie już nikomuNawet Bogu… ......................... Zaczaję się na to moje życieW ciemnym zaułku w mrocznej bramieI tak jak ono mnie, kopnę jemu w dupęPo tej klęsce prawie czterdziestoletniejNależy mu się bezsprzecznie. ........................ Z tej miłości pozornej prostoty płomieniaPłomienia słomianych starańTylko nienawiść się rodzi zamiast przetrwaniaTe słowa miliony codziennie wypowiadanychSłów ja ostrza tną dusz kawałek po kawałkuZ nadziei czyniąc farsę szczytnych zamiarówÓw popiół kala na wieczność delikatność dłoni Próżno w nim szukać skrzydeł FeniksaW tym wszystkim potrzeba odwagi by przeciąć pępowinę wspólnej bytności ..........................Jesteśmy jak nowo narodzone szczeniakiJuż nie ślepeAle ciągle szukające po omacku swojego szczęściaZnamy ten świat a odkrywamy go na nowoPrzecierając dawno przetarte szlakiCóż pozostanie na rozdrożu Każdy musi wybrać kamienny szaniecBez łez kropel diamentowychWyciągnąć dłonie na rozstanie Jeśli tak los wyznacza namNie wspólny kierunekKażdy nowy eksperyment okaże się niewypałemRaniącym życie.